Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

VII. Ogniss

Delikatny powiew wiatru musnął jego twarz.
          W Inanis, mieście wiedźm, rozświetlanym przez nigdy niegasnące świece, mieście pełnym odgłosów wybuchów, szeptanych pod nosem zaklęć lub przekleństw, pierwotnie zbudowanym, jako siedziba Consociatio, które, po wojnie człowieczo-elfickiej, toczy ciągłe walki o władzę, od lat nie spotkano przypadkowego wędrowca.
          Gabriel uśmiechnął się w duchu. Idąc główną ulicą, zdawał sobie sprawę, że jego obecność nie wywoła zbyt pozytywnych emocji. Czuł na sobie chłodne spojrzenia mieszkańców. Docierały do niego niezbyt przyjazne szepty, które w zamyśle miały być na tyle ciche, aby tajemniczy mężczyzna, nie mógł ich usłyszeć. Nie był jakimś tam okazjonalnym przechodniem, który przybył do miasta, aby sprzedać nieznane rośliny, sekretne przepisy, totemy, medaliony… Miał do załatwienia ważną sprawę, która nie mogła czekać.
          Miasto było jednym z najbardziej ponurych i mrocznych, jakie widział. Budynki z ciemnoszarej cegły, odpadające tynki, młodzieńcze napisy na murach, nawołujące do walki, brak jakiejkolwiek zieleni – pozostały jedynie uschnięte konary drzew, które zwykłego śmiertelnika przyprawiały o dreszcze. Widok, ciągle kołysanych przez wiatr, ciał nie zrobił na Gabrielu większego wrażenia. Wiedział, że wiedźmy nadal praktykują publiczne wymierzanie kar, a wieszanie na szubienicy było ich ulubioną rozrywką. Zdziwiło go jednak to, że w mieście nie było widać promieni słonecznych, a całą jego powierzchnię pokrywała gęsta, prawie śnieżnobiała, mgła. Kilkaset metrów wcześniej widział bezchmurne niebo, a słońce paliło skórę. W momencie, w którym wkroczył do miasta zniknęło całe światło. Każdy wiedział, że takie objawy nigdy nie wróżą nic dobrego i nie należy ich lekceważyć, jednak Gabriel musiał. Narzucono mu to.
          Po lewej stronie rynku, na którym wisiały ciała skazańców, zauważył przedstawiciela lokalnej straży. Mężczyzna był nadzwyczajnie wysoki, miał smukłą, pokrytą gęstymi włoskami, twarz i małe, ale czujne i rejestrujące najmniejszy ruch, oczy. Ubrany był w ciemnoszary materiałowy strój, który wyraźnie kontrastował z jasną, prawie śnieżnobiałą karnacją. Gabriel z całych sił starał się przypomnieć, jak ich nazywano. Wiedział, że zostało bardzo niewielu przedstawicieli tej rasy i wszyscy zamieszkują Inanis, że zamiast skóry mają gruby pancerz, na którym można łamać najpotężniejsze miecze i topory, a one nie pozostawią nawet najmniejszej rysy, że słyną z sumienności, wierności, a także nadludzkiej siły i szybkości. Ich jedyną wadą jest to, że bardzo szybko się męczą i momentalnie zasypiają. Gabriel pamiętał to wszystko, ale nie ich nazwy. Skarcił się w myślach za własną nieuwagę na zajęciach i skierował konia w stronę strażnika. Gdy stanął obok niego, mężczyzna nawet nie drgnął. Gabriel musiał unieść głowę, ponieważ pomimo tego, że siedział na koniu, a nawet tego, że sam nie należał do niskich osób, strażnik przewyższał go, o co najmniej, dwie głowy.
          - Pozdrawiam cię. – Gabriel przywitał się, równocześnie dotykając lewą ręką skroni, jak nakazywała tradycja.
          - Cię pozdrawiam. – odpowiedział strażnik, czyniąc ręką ten sam gest.
          - Nazywam się Gabriel Ogniss. Należę do Sześciu i przybyłem do waszego miasta, aby przekazać wiadomość Fruellowi z rodu Qall’ów. Gdzie mogę go znaleźć?
          Strażnik przyglądał mu się z góry. Wydawać by się mogło, że jego oczy próbują wniknąć do umysłu Gabriela i nie było to, aż tak, dalekie od prawdy. Fakt, że Gabriel należał do Sześciu największych i najpotężniejszych magów, uniemożliwiał nieupoważnionym osobom, oglądanie jego myśli. Uniósł kącik ust, ale nic nie powiedział. Olbrzym, reprezentant prawie wymarłej rasy, mruknął coś pod nosem, a następnie uniósł rękę i wskazał na budynek w oddali.
          - Pałac Qall’ów. Niecałe dziesięć minut jazdy. Zależy od ruchu na ulicach – rzekł strażnik i ponownie stanął nieruchomo, obserwując miasto.
          Gabriel kiwnął głową. Skierował konia we wskazanym kierunku i jeszcze rzucił na odchodnym:
          - Dziękuję. Moc niech twe życie oświetla – nie doczekał się jednak odpowiedzi.

III. Bracia

   Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy.
 Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem.
    ~ Arystoteles


         - Olivier! Strzelaj, a nie gadaj!
          Młody, na oko szesnastoletni chłopak, wzruszył ramionami i odburknął coś niezrozumiale. Nie będzie mnie pouczać, jakiś mały smarkacz, pomyślał. Ostatni raz spojrzał na brata, stojącego obok. Miał tak samo błękitne, niemal szare oczy, szeroki nos i wystające kości policzkowe, jak Olivier. Różnili się jedynie wiekiem, wzrostem, kolorem włosów i charakterem, co nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Młodszy z nich – Victor – miał ognistorude włosy, momentami wpadające w brązowawy odcień. Przypominały las w piękny, jesienny, słoneczny dzień. Był niewiele niższy od Oliviera, pomimo sporej różnicy wieku, ale jego starszy brat od zawsze uchodził za osobę niskiego wzrostu. Nikt jednak nie miał na tyle odwagi, aby rozmawiać na ten temat w pobliżu, blondwłosego młodzieńca, jakim był Olivier. Ci, co nie mieli tyle rozumu w głowie, kończyli zazwyczaj z obitą twarzą, wybitymi zębami, czy ze złamanymi kończynami, a w najgorszym przypadku… Ze strzałą wbitą w stopę lub z oberwanym, przez nią, uchem.
- Nie krzycz! Próbuję się skoncentrować – odparł po chwili Olivier.
- Ale ja też chcę postrzelać! Obiecałeś, że mnie nauczysz! – chłopiec jęknął, z trudem opanowując płacz.
- Przecież wiem. Za to ty – wskazał na niego palcem – Powinieneś wiedzieć, że dotrzymuję obietnic. Nie płacz już! Patrz i się ucz.
          W tym momencie, nawet nie celując, wypuścił strzałę. Minął ułamek sekundy, po którym usłyszeli, jak pocisk trafia w cel. Olivier wiedział, że trafił. Nawet nie spojrzał w tamtym kierunku, w przeciwieństwie do małego Vica, który w mgnieniu oka znalazł się przy tarczy. Strzała tkwiła w samym środku.
          - Jak to zrobiłeś?! – chłopiec nie mógł opanować podniecenia.
          - Lata praktyki – wzruszył ramionami Olivier, co często miał w zwyczaju robić. Kolejną strzałę założył na cięciwę. Był gotowy – Teraz, gdzie?
          Victor rozglądnął się na boki, a po chwili odkrzyknął.
          - Tam! – ręką wskazał tarczę po prawej stronie, ukrytą głęboko między drzewami. Była oddalona o około sto metrów.
          Nastolatek kiwnął głową w całkowitej ciszy. Jedyne, co czuł to delikatny powiew wiatru, świeżą trawę i pewność swoich umiejętności. Był pewien, że trafi. W myślach skorygował kąt, biorąc pod uwagę ruch powietrza i wypuścił strzałę. Wstrzymał delikatnie oddech, to samo uczynił jego brat. Nie minęła jednak sekunda, a już ze spokojem wypuścił powietrze. Trafił w sam środek. Tak, jak chciał.
          - Vic! Podejdź! Teraz twoja kolej – uśmiechnął się złotowłosy.

*

          Wracali właśnie z pobliskiego lasu. Szli kamienistą ścieżką, prowadzącą do miasta. Olivier spojrzał na słońce, przysłaniając oczy dłonią. Zbliżała się pora obiadowa, a obiecał babce, że do tego czasu wrócą. Miasto, jak zwykle żyło własnym życiem – chłopi pracowali w polu, kobiety i dziewczęta zajmowały się zwierzętami lub domem, słychać było dźwięk wyrabianych mieczy u kowala, zapach świeżego chleba unosił się w powietrzu, a mała gwardia miasteczka odbywała trening. Dzień, jak co dzień.
          - Dalej nie mogę zrozumieć, jak to robisz! Jesteś najlepszy! – Victor nie był w stanie przestać rozmawiać o porannym treningu.
          Olivier pogwizdywał wesoło pod nosem, kopiąc jeden z wielu kamyków znalezionych po drodze. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili.
          - Żeby być najlepszym nie wystarczy dobrze strzelać – zrobił krótką pauzę, zastanawiając się nad dalszymi słowami – Strzelanie musi być twoją pasją, twoim życiem. Powinieneś trenować, ponieważ tego pragniesz, a nie, dlatego że musisz. To jest ta istotna różnica. Inaczej wszystkie ćwiczenia nie mają najmniejszego sensu, rozumiesz? Poza tym… Wcale nie jestem najlepszy. Muszę się nauczyć jeszcze wielu rzeczy.
          Spojrzał na brata, który szedł przed siebie, marszcząc brwi. Wydawać by się mogło, że myśli o tym, co przed chwilą powiedział Olivier, jednak młody znany był z lekkomyślności, słomianego zapału i najzwyklejszej, dziecięcej beztroski. Miał zaledwie dziesięć lat. Ledwo umiał czytać, czy pisać, nie mówiąc już o tym, żeby napiąć łuk.
          - Chcę być tak dobry, jak ty – powiedział Vic po kilku minutach, całkowicie poważnie.
          Chłopak z jasnymi, jak słońce włosami był zaskoczony. Myślał, że wystarczająco zraził brata do nauki łucznictwa, a tu proszę! Jednak… Miał ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cieszył się, że brat podziela jego zainteresowania, ale z drugiej… On będzie musiał go wszystkiego uczyć. Odkąd odszedł ich ojciec, w mieście, nie było nikogo innego, kto potrafił strzelać z łuku tak dobrze, jak on. Oprócz Oliviera, który był zbyt młody, aby dawać lekcje innym.
          Spojrzał na brata.
          - Wiesz, że będzie to wymagało od ciebie wiele trudów i wysiłków?
          - Wiem – przytaknął chłopiec.
          - Wiele godzin treningów, poranione palce i brak czasu wolnego? Wiele lat samodoskonalenia tej umiejętności?
          - Wiem.
          - Będziesz się mnie słuchać i robić, co ci każę? Oczywiście myślę tutaj o naukach. Jestem jedyną osobą, od której możesz się uczyć.
          Mały rudzielec przełknął ślinę.
          - Masz ostatnią szansę, żeby zrezygnować – uśmiechnął się Olivier – Później będzie za późno.
          - Chcę być taki, jak ty. Naucz mnie wszystkiego, co pokazał ci tata – powiedział stanowczo. Nie brzmiał, jak dziesięcioletnie dziecko, a jak dojrzały młody człowiek, który wie, czego pragnie.
          - Dobrze – kiwnął głową Olivier – W takim razie… Zaczynamy po obiedzie.


*

          Czy masz jakąś pasję? Coś, co nadaje Twemu życiu sens? Czy robisz coś, bo to kochasz? Bo sprawia Ci przyjemność? Wielu ludzi nie zna odpowiedzi na te pytania. Są przeciętni, szarzy, ponurzy. Ich życie jest błędnym kołem, które w żadnym momencie nie zmienia toru biegu. Nie mają ambicji, planów, marzeń. Są nieszczęśliwi albo jeszcze o tym nie wiedzą.
        Każdy powinien poświęcić czas na znalezienie swojej pasji. Dla jednych jest to sztuka, a dla innych sport. Dla jednych muzyka, a dla innych pisanie. Wszyscy powinni mieć cel, do którego trzeba uparcie dążyć. Inaczej życie traci sens. Nikt nie powiedział jednak, że jest to łatwe zadanie. Czasami zajmuje dni, czasami miesiące, a czasami całe lata, ale jedno jest pewno – warte jest swojej ceny. Litry potu wylane na treningach, miliony zapisanych kartek, tysiące pękniętych strun. To wszystko jest warte swojej ceny.
        Trzeba pamiętać o jednym – nie wolno się poddawać. To jest najgorsze – biała flaga bez walki. Należy pokonywać własne słabości, uczyć się na błędach, nie przestawać doskonalenia własnych umiejętności. Wtedy i tylko wtedy, będziemy ludźmi spełnionymi.

II. Ostatni dzień

Niech będzie, co będzie;
Czas wszystko równo w swym unosi pędzie.

~ William Shakespeare


*

     Dziesięć lat minęło tak szybko. Pierwszy trening, pierwsi przyjaciele, złączeni wspólną pasją, pierwsze zawody, osiągnięcia i kontuzje, pierwsze rozstania i powroty, pierwsze dumne spojrzenia rodziców, pierwsza walka, pierwszy stres, a także pierwsza niema pochwała od mistrza – senseia – która oznacza więcej, niż słowa.
          Czas mija, a my nie mamy na to wpływu. Najgorsze jest jednak to, że nie jesteśmy w stanie kontrolować Jego szybkości. Zwolnić albo spauzować chwile szczęścia i radości, a przewinąć smutku, złości, samotności. Jesteśmy marnymi marionetkami Czasu. Możemy sobie wmawiać, że jest inaczej – mamy zegarki, telefony komórkowe, komputery, piekarniki, czy inne urządzenia odmierzające Czas, ale nie czyni nas to jego panami. Niestety.
          Dziesięć lat minęło tak szybko. Wczoraj mała, przestraszona, nieśmiała dziewczynka, a jutro mądra, ambitna i pewna siebie kobieta. Wczoraj miała biały, a jutro staje przed egzaminatorami i zdobywa upragniony czarny pas. Wczoraj była uczniem, jutro będzie mistrzem.
          Ale co z Dzisiaj? – zadaje sobie pytanie. Dzisiaj nie jest, ani dniem wczorajszym, ani jutrzejszym. Dzisiaj jest dzisiaj. Dzisiaj jest ostatnim dniem, kiedy będzie małą, przestraszoną dziewczynką. Dzisiaj jest ostatnim dniem, kiedy będzie miała biały pas. Dzisiaj jest ostatni dzień, w którym będzie uczniem.
          Dzisiaj.
          Dzisiaj jest czas na odpoczynek.
          Dzisiaj.
          Dzisiaj jest czas na głęboki oddech.
          Dzisiaj.
          Dzisiaj trwa.
          A Czas, jak zwykle, nie chce stanąć w miejscu. Choć na chwilę.

I. Seddrinth

Trzeba umieć walczyć o swoje marzenia,
ale trzeba też wiedzieć, które drogi są nie do przebycia
i zachować siły na przejście innymi ścieżkami.
- Paulo Coelho

 *

       Jednym płynnym ruchem podniósł się z ziemi. 
          Dłonie zacisnął w pięść tak mocno, że stojąc z boku, zdawało się słyszeć chrzęst kości.
          Ciemnobrązowa grzywka opadała na jego smukłą i opaloną twarz, zakrywając szare oczy.
          Wziął głęboki oddech. I kolejny. I kolejny.
          Wydawało mu się, że czas stanął w miejscu.
          Wolnym ruchem uniósł głowę, aby zobaczyć osobę, która odważyła się go zaatakować.
          I wtedy ujrzał oczy.
          Jasnoniebieskie oczy.
          Pewne siebie oczy.
          Oczy…  Kobiece.
          Było to dla niego wielkim zaskoczeniem, ale lata treningu nie pozwoliły mu, aby ktoś zdołał cokolwiek zauważyć. Uśmiechnął się nonszalancko, z pewną pogardą, tymczasowo odzyskując pewność siebie.
          Przyjrzał się kobiecie uważniej. Była w jego wieku lub niewiele młodsza. Kasztanowe, czasem wpadające w rudy odcień, włosy. Oczy błękitne, jak bezchmurne niebo latem. Sylwetka wysportowana, ale ani chuda, ani gruba. Złoty środek. Przeciętna uroda, stwierdził w myślach.
          Zauważył, że dziewczyna przygląda mu się w równym stopniu, co on jej. Zapamiętuje jego rysy twarzy, sylwetkę, kolor oczu, kształt ust. Czeka. Czeka, aby coś zrobił, coś powiedział.
          Jej postawa była arogancka i wyzywająca. Mówiła: Nieważne, co zrobisz. Nieważne, kim jesteś. I tak jestem od ciebie lepsza. Uśmiechała się bezczelnie, dając mu do zrozumienia, że wcale się go nie boi, a wręcz przeciwnie – kpi sobie z niego.
          - Proszę, proszę – zaczęła – Wygląda na to, że nie jesteś tak szybki, silny i wspaniały, jak mówią o tobie w całym Seddrinth – powiedziała. Każdy przymiotnik podkreśliła głośno i wyraźnie.
          - Proszę, proszę. A tobie nikt nie powiedział, że atakowanie od tyłu jest niehonorowe? – spytał równie ironicznie. Ręce splótł na wysokości klatki piersiowej. Nie spuszczał z niej wzroku.
          Nastała chwila ciszy. Toczyli niemą walkę na spojrzenia. Jej źrenice były tak wąskie, że ledwo je dostrzegał, mimo niewielkiej odległości. Dzieliło ich około pięciu metrów.
          Cały czas stał w gotowości do ataku lub obrony, gdyby wymagała tego sytuacja. Wyluzował mięśnie nóg i rąk, jednak w jednej chwili był w stanie z powrotem je napiąć i skoczyć do przodu albo zrobić unik. Rozluźniając się, jego ciało dłużej pozostawało w pełni sił i wolniej się męczyło.
          - Kim jesteś? – warknął  po kolejnej minucie ciszy. Nie podobała mu się ta gra.
          - Kimś od kogo zależą twoje dalsze losy, Synu Sokoła – odpowiedziała.
          Syn Sokoła.
          Od bardzo dawna nie słyszał tego imienia.
*
          - Airitech! – zawołała starsza kobieta. Twarz miała pokrytą głębokimi zmarszczkami, świadczącymi o jej wieku, a także doświadczeniu życiowym. Siwe włosy, zawsze spięte w eleganckiego koka, przypominały śnieg, pokrywający szczyty Gór Quan. – Airitech!
          Szukała chłopca od dobrej godziny, jednak nie było po nim śladu. Mimo wieku poruszała się nadzwyczaj sprawnie. Obeszła wszystkie komnaty w zamku królewskim, kuchnię, stajnię i drewnianą chatkę z narzędziami. Nie miała pojęcia, co robić. Airitech miał spotkać się z ojcem w jego gabinecie, a starsza kobieta, Anaiel, była za niego odpowiedzialna. 
          Usiadła na olbrzymim łóżku, które znajdowało się w pokoju młodzieńca.
          Westchnęła ciężko i poczęła się zastanawiać, co zrobi jej król, kiedy chłopiec nie zjawi się na umówionym spotkaniu. Wyrzucenie z pracy byłoby najmniej surową karą.
          W momencie, kiedy Anaiel pogodziła się ze stratą posady, do pokoju wszedł Airitech. Szedł sprężystym, ale spokojnym krokiem, wygwizdując tradycyjną melodię. Na prawym policzku, w pobliżu oka, miał świeżego sińca o ciemno śliwkowym kolorze. Twarz, ręce i ubranie pokryte były szarym pyłem, jednak chłopiec nie sprawiał wrażenia przejętego.
          - Anaiel! – krzyknął, kiedy zauważył ją, siedzącą na łóżku. Kobieta z trudem powstrzymywała się, aby nie wybuchnąć gniewem. – Co tu robisz?
          Kobieta się nie odezwała. Wzięła głęboki oddech i policzyła do dziesięciu. Serce ponownie zaczęło bić normalnym, zdrowym rytmem. Wstała, podeszła do chłopca i popatrzyła na niego krytycznie.
          - O co chodzi? – spytał niewinnym głosem, jednak zgarbił się delikatnie, co mogłaby zauważyć jedynie ta stara kobieta, która wychowywała go od niemowlęcia.
          - Nie zapomniałeś o czymś? – zapytała. Zdziwiła się, że jej głos zabrzmiał tak spokojnie.
          Chłopiec podrapał się po bujnej, ciemnobrązowej czuprynie i zmarszczył delikatnie nos. Widać było, że intensywnie myśli. W pewnym momencie zamarł. Jego ciało nawet nie drgnęło. Dopiero po chwili spojrzał w jej ciepłe, matczyne oczy, które w danym momencie wyrażały także dezaprobatę. Przypomniał sobie.
          - Gdzie byłeś? – głos Anaiel pozostawał spokojny. Była pewna, że chłopiec będzie wystarczająco ukarany przez ojca, kiedy się spóźni.
          Zaprowadziła go do łaźni. Wcześniej poprosiła służącą, aby przygotowała ciepłą wodę, która miała posłużyć do umycia chłopca. Drewniana misa z parującą cieczą, stała na środku pomieszczenia. Obok niej znajdował się niewielki stołek, na którym Airitech mógł usiąść. Poleciła mu, żeby ściągnął brudne ubranie. Młodzieniec nawet nie próbował zaprzeczać. Biała, przynajmniej kiedyś, koszula wylądowała na podłodze, a za nią czarne spodnie oraz buty.
          Kobieta zakryła usta dłonią.
          Ciało chłopca pokryte było wieloma siniakami, mającymi różną wielkość, barwę i intensywność. Niektóre były ledwo widoczne – wyraźnie zanikały, czyli miały co najmniej kilka tygodni. Inne natomiast cechowała ciemnofioletowa lub brązowa barwa – były zdecydowanie świeższe. Plecy oraz brzuch Airitecha wyglądały, jakby wpadł w krzak dziko rosnącej róży. Zadrapania, sińce i różowe  ślady od niedawno zagojonych ran znaczyły tylko jedno.
          - Znowu walczyłeś z tym krasnoludem, synem kowala? – kobieta zmarszczyła brwi. Jej głos stał się dużo surowszy i nieprzyjemny.
          - To nie jest żaden t e n krasnolud! – oburzył się chłopiec – Saneal jest moim przyjacielem! Au! – chłopiec syknął, kiedy staruszka zaczęła delikatnie obmywać jego ciało. Miękka szmatka momentalnie nasiąkła brudem. Z jasnego beżu stała się brunatno czerwona.
          - Poza tym… - zaczął, niepewny, czy może coś powiedzieć – To nie był on.
          - W takim razie, kto?
          - Wuj Oleander – mruknął.
          Anaiel zmarszczyła brwi i spojrzała na niego oczekując wyjaśnień.
          Airitech westchnął.
          - Od kilku miesięcy chodzę do wuja na nauki władania mieczem. Spotykamy się za wschodnią bramą, od strony lasu. Jest tam niewielka polana, cisza i spokój. Nikt nam nie przeszkadza. Wuj załatwił ze strażnikami, aby nie donosili ojcu, że z nim ćwiczę – spojrzał na nią błagalnie – Proszę, nie mów mu.
          - Przecież bierzesz lekcje u najlepszych mistrzów w całym królestwie. Dlaczego Oleander? – pokręciła głową, a następnie pomogła mu założyć świeżą koszulę.
          Trzynastolatek nie był pewien, co powiedzieć. Odkąd sięgał pamięcią fascynowała go walka. Będąc jeszcze małym chłopcem - pięcio, może sześcioletnim – zakradał się do koszar i obserwował ćwiczących rycerzy. Wszelakie turnieje, wydarzenia, czy pojedynki były dla niego największą uciechą. Na ósme urodziny dostał od ojca drewniany miecz. Rzeźbiony specjalnie dla niego. Z piękną rękojeścią, zakończoną tygrysim łbem. Wtedy po raz pierwszy zaczął nauki. Jako przyszły król, prawowity następca tronu musiał umieć posługiwać się mieczem. Jednak nie było to stawiane na pierwszym miejscu. Przyszły władca musiał perfekcyjnie znać historię swojego królestwa, historię rodziny, wszelkie pakty i przymierza. Musiał umieć kierować wojskiem, używać map i wiedzieć, jak przygotować się do walki. Ale on sam nie musiał walczyć. Inni ludzie nadstawiali za niego karku. I za całe Seddrinth. Ludzie ginęli w obronie swego króla, a on siedział na wzgórzu lub w innym bezpiecznym miejscu i obserwował walkę z daleka, szukając wad i pomyłek u wroga.
          Airitech nie mógł znieść podręcznikowej nauki. W jego żyłach płynęła krew wojownika. Chciał działać. Chciał walczyć. Wcale nie chciał być królem. Nie chciał brać odpowiedzialności za swoje przyszłe decyzje. Godzinami siedział w zamkowej bibliotece ze starym, wyglądającym jak rozkładające się zwłoki, krasnoludem, który był głównym nauczycielem. Kazano mu recytować drzewa genealogiczne sprzed wielu wieków. Znać każdy przydomek, stopień i ważne decyzje, które wpłynęły na los królestwa. Dwugodzinne lekcje miecza miał jedynie trzy razy w tygodniu. Czekał jedynie na nie. Żył nimi przez prawie pięć lat.
          Kiedy wuj Oleander zaproponował mu dodatkowe nauki, zgodził się bez zastanowienia. Wiedział, że brat jego ojca jest znany ze swoich nieczystych i niehonorowych technik, ale chęć doskonalenia się była większa. Odkąd skończył dwanaście lat używał już prawdziwego rynsztunku. Jedyną różnicą były miecze, które specjalnie stępiono, aby chłopiec i jego mistrz nie zrobili sobie krzywdy. Ćwicząc z wujem czuł się wolny. Miecz stał się przedłużeniem jego ręki. Słyszał, jak jego poprzedni mistrzowie rozmawiali o nim z ojcem. Mówili, że jego talentu nie można zmarnować. Ma płynne, silne i perfekcyjne ruchy, jak gdyby urodził się z mieczem w dłoni. Twierdzili, że nie są w stanie nauczyć go niczego więcej. Uczeń przerósł mistrza. I w ten oto sposób miał już pięciu różnych, znanych na całe królestwo, nauczycieli.
          Jednak nauka z wujem była inna. Pokazywał mu wszelkiego rodzaju obroty, piruety, cięcia z boku, z góry, bloki i ataki, których nigdy wcześniej nie widział. Uczył go walki lewą ręką, mówiąc, że przeciwnik, w takiej sytuacji, dezorientuje się i jego ataki są mniej skuteczne. Airitech kochał te lekcje, mimo iż wuj go nie oszczędzał. Wracał poobijany, z sińcami, zadrapaniami, wybitymi palcami, czy po prostu tak wykończony, że nie mógł ruszyć żadną kończyną.
          - Bo… - zaczął – On, jako jedyny traktuje mnie poważnie. On dostrzega to, czego inni nie dostrzegają. Widzi, że jestem dobry i że zasługuję na to, aby to usłyszeć. Jest dumny, kiedy wytrącę mu miecz z ręki albo przewidzę jego ruchy. Ojciec nigdy nie powiedział, że jest ze mnie dumny. Nigdy.
          Anaiel nic nie powiedziała. Pogładziła chłopca po głowie, a następnie przycisnęła go do swojej piersi. Czuła, że tego potrzebuje. Nie bezsensownych słów, że będzie lepiej. Nie zapewnień, że ojciec także odczuwa dumę. Nie kłamstw. Potrzebował bliskości. On. I ona.
*
          Król Ouen, władca całego królestwa, nazywany także Sokołem Seddrinth, siedział w ręcznie rzeźbionym, mahoniowym fotelu. Dla pokazania możności, a także dla wygody, obity został ciemnobrązową skórą, która wspaniale komponowała się z resztą mebli.
          Mężczyzna miał czarne włosy z gdzieniegdzie widocznymi pasmami siwizny. Nie była to jednak oznaka wieku. Król liczył sobie zaledwie trzydzieści cztery lata. Powodem przedwczesnych oznak starości była sama funkcja, jaką pełnił. Wiedza, że od jego decyzji zależą losy całego królestwa, a także ludzi w nim żyjącym. Koronę przyjął w wieku dwudziestu lat. Był niedoświadczonym, lekkomyślnym młokosem i szybko zdał sobie sprawę, że nie jest niepokonany.
          Miał surową twarz, szare i mądre oczy, wyprostowaną, dumną sylwetkę. Dokładnie, jak stojący przed nim chłopiec. Różnicą był tylko kolor włosów.
          Król Ouen podrapał się w brodę z kilkudniowym zarostem.
          W ogóle nie jest podobny do matki, stwierdził w duchu. Oprócz włosów.
          - O której miałeś się ze mną spotkać? – zapytał sucho król.
          Airitech wyprostował się jeszcze bardziej. Spojrzał mu prosto w oczy. Z odwagą i dumą.
          - O dziesiątej, ojcze – odparł bez wahania.
          - Zatem… Powiedz mi, która jest godzina.
          - Dziesiąta czterdzieści, ojcze.
          Ouen westchnął.
          - Airitechu, jesteś prawie dorosły i powinieneś wiedzieć, że przyszłemu królowi nie wypada się spóźniać. Nawet nie pytam, co robiłeś, bo widzę, że mocno oberwałeś po czerepie. Mam nadzieję, że to odpowiednia kara. Powinieneś się wstydzić.
          Królewicz przez krótką chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć. Nie mógł wyjawić tego, że trenuje z wujem Oleandrem. Nabrał powietrza w płuca i cicho, licząc do dziesięciu, je wypuścił.
          - Mam dopiero trzynaście lat, ojcze. Jeszcze nie jestem doros…
          - Miałem niewiele więcej lat, kiedy zostałem królem! – ojciec przerwał mu – W czasach, w których żyjemy nie możemy być niczego pewni. Śmierć czyha na każdym kroku. Musimy o tym pamiętać. Nadchodzi wojna. Rok, dwa i może ty będziesz rządził Seddrinth! Może nie jesteś dorosły, ale nie jesteś także dzieckiem. W tobie, Synu Sokoła, leży przyszłość naszego królestwa. Nie możesz o tym zapominać. Nigdy – mężczyzna skończył monolog. Prawą dłoń miał zaciśniętą w pięść.
          Airitech miał ochotę coś powiedzieć. Dobrze, że król Ouen ponownie nie pozwolił mu dojść do słowa. Mogłoby się to skończyć źle dla chłopca albo jego ojca.
          - Nie o tym chciałem jednak rozmawiać, Airitechu, Synu Sokoła…
*
          To był ten dzień, w którym dowiedział się, że musi opuścić Seddrinth, stolicę kraju o tej samej nazwie, i wyruszyć do miasta oddalonego o tysiące mil, aby pobierać nauki w najlepszej szkole posługiwania się mieczem – Szkole Gladio.
          Uśmiechnął się na to wspomnienie, mimo iż od tamtego czasu nie widział się z ojcem, Anaiel, czy Saneal’em. Siedem lat. Siedem ciężkich, trudnych, męczących lat, ale wart swojej ceny. Airitech był mistrzem jednoręcznego miecza oraz walki dwoma krótszymi, które okazywały się dużo szybsze, a także skuteczniejsze.
          - Długo jeszcze będziemy tak stać – wskazał ręką na płonące nieopodal ognisko – czy usiądziemy i porozmawiamy?